Długa dygresja i modowy rozdźwięk

Długa dygresja i modowy rozdźwięk
Długa dygresja i modowy rozdźwięk
0 votes, 0.00 avg. rating (0% score)

Komentarze pod notatką poniżej przypomniały mi artykuł, który czytałam niedawno w New York Timesie. Konkretnie ten fragment:
„FASHION designers usually hate things that women can actually wear. Or, at any rate, they hate it when someone calls their clothing wearable. They feel profoundly reduced by the taint of utility. For that reason, a lot of fashion in the last few years has looked not merely extreme but also tangential to women’s lives. Is that abbreviated blob for me? What were they thinking?

“The danger is we’re losing sight of what women really want to wear,” Azzedine Alaia said recently. Mr. Alaia, one of the great innovators of our time, is saying that for fashion to move forward it must relate more directly to women’s lives and bodies. It must be something women can wear.

This fall many designers seem to share that view. In the buzz of words of the new season — “chic,” “tailored,” “sophisticated” — there is the pleasing symmetry, the able-bodied logic of “elegant sufficiency.” The clothes are at once elegant and practical, but more, they project an attitude that is above the trendy fray: not a contentment, but certainly a reasonableness.”

Dalej następuje krótkie podsumowanie jesiennych kolekcji i wywiady z kobietami spotkanymi na zakupach (czyli nic naprawdę ciekawego).

Czytając ten artykuł, a potem Wasze komentarze, myślałam sobie – czy moda naprawdę ma być praktyczna i do noszenia? Czy na tym polega jej sens? Przecież wszystko – od gorsetu, poprzez New Look aż do niebotycznych bananowych obcasów z ostatnich kolekcji – temu przeczy. A może właśnie takie poszukiwania, jak u Manferdini lub eksperymenty Alaii bądź Chalayana czy innego Garetha Pugh, wzbogacają modę, czyniąc z niej coś więcej niż tylko trendy i kolejne must-have’y?

Nie zamierzam oczywiście dyskutować z Waszymi gustami (mnie samej się wydaje, że niektóre projekty Manferdini wyglądają, jakby poszarpał je pies :), Wasze komentarze skojarzyły mi się po prostu z problemem, jaki stanowi rozdźwięk pomiędzy ubraniami, które nosimy na co dzień, a kreacjami Gaultiera czy nawet zwykłymi stylizacjami z modowych magazynów.

Moja znajoma A., typ a-modowy, kompletnie (wręcz ostentacyjnie) nieinteresująca się modą, przeglądała ze mną niedawno I-D. Wszystko było w porządku do momentu, gdy trafiłyśmy na jedną z sesji. Wtedy A. spojrzała się na mnie z przestrachem w oczach i zapytała: „Czy oni naprawdę chcą, bym się tak ubierała?” Rozśmieszona odpowiedziałam, że nie. „To po co tak ubrali te modelki?” – brzmiało następne pytanie. Wtedy zaczęłam tłumaczyć, że moda to coś więcej niż ciuchy, że nie chodzi nawet o trendy, ale o próby uczynienia z niej sztuki. „No dobrze, ale nadal nie rozumiem, po co ubrali tak te modelki. Przecież nikt normalny by tego nie założył.” Próbowałam jeszcze wyjaśnić, że kogoś może zainspirować zestawienie ubrań z tej sesji i przekładając je na swój własny styl może stworzyć coś ciekawego, ale A. odmruknęła tylko: ‚aha’. Wyglądała na jeszcze bardziej zdziwioną niż na początku.

Myślę, że nawet najbardziej ‚wciągniętym’ przez modę trudno jest pogodzić modę wysoką (?), inną (?) z modą codzienną, nic dziwnego więc, że dla osób kompletnie tym tematem niezainteresowanych, ‚rozdźwięk modowy’ jest nie do zrozumienia (stąd zresztą jednym z najczęstszych zarzutów przeciw modzie jest jej nieprzystawalność do rzeczywistości).

Następnym aspektem tego rozszczepienia mody staje się kult indywidualności, który nas otacza. Każdy chce być oryginalny, wyróżniać się, mieć własny styl. W przypadku strojów pęd do tego wzmacniają jeszcze blogi streetfashionowe, które jak nic innego stanowią celebrację indywidualności właśnie. Kilka dni temu trafiłam w styledash na zdjęcie dziewczyny w zwiewnej białej sukience i z tamburynem na szyi zamiast naszyjnika. Autorka bloga pośmiewała się z niej: „Those New Yorkers are so crazy aren’t they? Sometimes crazy fashions can be pardoned because they are being sported by „New Yorkers”. I think that’s just crap. What are New Yorkers the new Harojuki girls? Oh please, gimme a break.” Ten wpis znowu przypomniał mi o modowym rozdźwięku. Pomińmy na razie samo tamburyno (powiedzmy sobie szczerze – tamburyno na szyi nigdy się nie sprawdzi), ale przyjrzyjmy innym oryginalnym pomysłom, które można wyszperać na blogach streetfashionowych, a które całkiem często szokują. Czy gdybyśmy zobaczyły je podczas jakiegoś pokazu, nie wywołałyby tylko uśmiechu na twarzy i szybko wyleciały z pamięci?
[+ abstrahując od tego, czy tamburyno na szyi to dobry pomysł czy nie i pomijając na chwilę różnice kulturowe – czemu tak naprawdę w Harajuku ludzie mogą założyć na siebie ‚nawet tamburyno’, a w Nowym Jorku już nie? (bo na to wskazuje wypowiedź autorki styledash)]
+ Co w takim razie powinno się mówić np. o Isabelli Blow, która potrafiła mieć na głowie miniaturę chińskiej wioski? A Anna Piaggi?

Oczywiście podjęłam temat-rzekę. Można o tym mówić wiele, a i tak żadna z wypowiedzi nie będzie satysfakcjonująca.
Jestem jednak ciekawa, jak Wy radzicie sobie z tym ‚rozdźwiękiem modowym’? Czy praktyczność stanowi dla Was główny aspekt ubrań/dodatków? Czy i jaką macie w szafie najbardziej ‚inną’ (nieprzydatną?) rzecz, której jednak nie zamieniłybyście na nic ‚normalnego’?
A może w ogóle ten problem jest Wam obcy?

Na koniec zaznaczam, że nie chciałabym bynajmniej, byśmy bezkrytycznie przyjmowały każdą głupotę, jaką zaproponują projektanci, styliści, koncerny. Tak naprawdę sama do końca nie wiem, jakie są odpowiedzi na postawione tu pytania. W chwili obecnej staram się lawirować pomiędzy modą codzienną a modą ‚inną/wysoką’. Ostatnio ciągnie mnie coraz bardziej do ekstrawaganckich eksperymentów z ubraniami, ale nadal oglądając dokument o Gaultier myślę, że jest lekko szalony, a dopiero potem (długo potem 😉 nasuwa mi się słowo ‚artysta’.

Zobacz także inne nasze wpisy tematyczne:

About